...w listopadzie jest 17 stopni.
W Marsylii port znajduje się w centrum miasta, całe życie koncentruje się wokół niego i można w nim kupić KAŻDĄ rybę. KAŻDA ryba jest niebotycznie droga.
W Marsylii bardzo mocno wieje - tak mocno, że jak się płynie łódką motorową, aby zobaczyć Calanques, trzeba się mocno trzymać i założyć nieprzemakalne rzeczy, a aparat schować pod kurtkę. I wziąć aviomarin co poniektórzy (ale nie my!)
W Marsylii trzeba zobaczyć Calanques, bo są piękne.
W Marsylii nikt nie mówi po angielsku, w związku z tym zakup bagietki z szynką stanowi nie lada problem. Jadąc do Marsylii należy dowiedzieć się jak jest szynka i ser po francusku, bo zwykłe ham and cheese nie daje rady, zwłaszcza kiedy szynka i ser są schowane i nie można pokazać palcem. Oczywiście, jeśli się lubi szynkę i ser.
W Marsylii jest bardzo kolorowo. Zwłaszcza jeśli chodzi o kolor skóry.
W Marsylii śmierdzi ZAWSZE i WSZĘDZIE. Różnorodność smrodów przyprawia o zawrót głowy.
W Marsylii jest mnóstwo restauracji z owocami morza, gdzie za 11 euro można dostać ogromny garnek muszli z frytkami. Wino niestety trzeba dokupić oddzielnie. Inne owoce morza kosztują znacznie więcej niż 11 euro, dlatego ich nie jedliśmy.
W Marsylii zaparkowane samochody wyglądają, jak gdyby miały wielkie brzuchy, które leżą na chodnikach.
Niedaleko Marsylii znajduje się wioska rybacka l'Estaque, do której w XVIII i XX wieku przybywali malarze i uwieczniali na swoich płótnach zatokę, pobliskie wzgórza, domki, kominy, żaglówki.
W Marsylii jest hotel z wielkim lustrem, które umożliwia zabawy z fotografowaniem.
Marsylia to kompletny chaos architektoniczny. Nic do niczego nie pasuje.
Marsylia w listopadzie jest wymarła.
W Marsylii w listopadzie skończyłam 26 lat.
















