...a to dlatego, że zdobyłam pierwsze miejsce w konkursie Radia TOK FM na najlepszy projekt wyprawy... :) Mowa oczywiście o naszej podróży poślubnej koleją transsyberyjską nad Bajkał, do Mongolii oraz do Chin. Zapraszam do lektury, a Griszy dziękuję za wsparcie oraz za funkcję, dzięki której poniższy tekst tak się pięknie rozwija :)
Wstępu słów kilka
W naszą podróż poślubną postanawiamy pojechać nie gdzie indziej a... na Sybir. Wyrażenie to powoduje panikę u naszych Dziadków i Rodziców, którym Syberia kojarzy się z mrozami, łagrami, a jako część byłego Związku Radzieckiego z totalitarną rzeczywistością, w której każda nieostrożna i nie wpasowana w system jednostka może przepaść bez śladu. Tak więc rozmawiając z naszymi najbliższymi staramy się nieco delikatniej zakomunikować nasze plany. A plany mamy następujące...
Kolej transsyberyjska
Tydzień po naszym ślubie zaplanowanym na 31 lipca 2010 roku jedziemy do Moskwy. W Moskwie, na dobry początek naszej podróży konsumujemy rosyjskie piwo Staryj Mielnik i zagryzamy tamtejszym krokiecikiem z nadzieniem do wyboru do koloru, tak zwaną słojką. Zatrzymujemy się tam na maksimum 3 dni, celem zobaczenia najważniejszych zabytków rosyjskiej stolicy – Kremla i Placu Czerwonego ze wszystkimi jego, że tak się wyrażę, komponentami. Być może skusimy się na polecaną w przewodniku wycieczkę po moskiewskim metrze, którego budowie poświęcono wiele uwagi. Obecnie zachwyca bogactwem różnobarwnych marmurów, złoceń, rzeźb i żyrandoli... Jakże inne zatem musi być od londyńskiego metra! Marzyłby się również spektakl w Teatrze Bolszoj, ale z powodu braku odpowiednich ubrań (i funduszy!) raczej do niego nie dojdzie.
Bajkał – Morze Syberii
Po trzech dniach spędzonych w Moskwie, z pieczątką potwierdzającą rejestrację, udajemy się koleją transsyberyjską do Irkucka. Podróżujemy najtańszą klasą, tzw. plackartą, w której wagon nie jest podzielony na przedziały, a podróżni mają możliwość obcowania ze sobą 24 godziny na dobę. Liczymy na spotkanie interesujących ludzi, na rozmowy przy wspólnych posiłkach i może też na podreperowanie naszego rosyjskiego, a raczej rosyjskiego mojego Narzeczonego - Grzegorza, gdyż mój własny ogranicza się do znajomości cyrylicy jak na razie... W trakcie 5 dni podróży oglądamy przez okna tajgę i nabieramy sił na wędrówkę wzdłuż brzegów Bajkału, konsumując syberyjskie smakołyki: pirożki, wędzone na gorąco ryby: omule i lipienie, orzeszki oraz czeburieki.
Po dotarciu do Irkucka nadchodzi czas na zakupy: targ Fortuna nadaje się do tego znakomicie, a potrzebne są nam nakomarniki bez których ani rusz! oraz wędka. Resztę sprzętu tj. namiot, śpiwory, maty i tak dalej i tak dalej wieziemy ze sobą. Ponadto zaopatrujemy się w jedzenie oraz wódkę, którą podobno zawsze warto mieć w plecaku na wypadek konieczności odwdzięczenia się za gościnę. No i najważniejsza rzecz – szczegółowe mapy Przybajkala, których nie sposób dostać gdzie indziej niż… na Przybajkalu :)
W tym momencie rozpoczyna się pieszy etap naszej podróży. Biorąc pod uwagę, że wiza wydawana jest na 30 dni, odejmując pobyt w Moskwie i podróż zostaje nam ok. 3 tygodnie na pobyt nad Bajkałem. Jest to niewiele. W Irkucku nie zamierzamy spędzać zbyt wiele czasu – ciągnie nas ku dzikiej przyrodzie. Opcji wędrówki jest kilka: koleją do Sludianki, stamtąd autobusem do Arszanu, a następnie DolinaTunkińska z wejściem na Pik Lubwi, tudzież koleją do miejscowości Tanchoj i wypad w Góry Chamar Daban. Jako miłośniczkę gór, pociąga mnie ta druga opcja z wejściem na Pik Czerskiego i może wyżej... Mojego Pana natomiast pociąga niewspomniana wcześniej trzecia opcja wędrówki na Półwysep Święty Nos, według naszej koleżanki Grażynki (która jest doświadczoną podróżniczką po Syberii) najpiękniejszego miejsca nad Bajkałem. W takim wypadku zamiast do Irkucka skierujemy się do Siewierobajkalska, gdzie nastąpi telefon do przyjaciela, czyli do przewodnika polecanego przez Grażynkę i w drogę! Przez tajgę, góry, potoki, z puszkami po piwie wypełnionymi kamykami celem odstraszania niedźwiedzi, w wiecznie mokrych butach od ciągłych przepraw przez strumienie… Wspaniała wizja dla kogoś, kto spędza 40 godzin tygodniowo przed komputerem (oraz dodatkowo dwie godziny w sobotni wieczór pisząc ten projekt :) ). Którąkolwiek trasę wybierzemy, mamy zamiar odciąć się od cywilizacji definitywnie.
Może nie wystarczyć czasu na inne atrakcje regionu to jest wyspę Olchon oraz Zatokę Piaszczystą, no chyba, że zaryzykujemy pobyt w Federacji Rosyjskiej na nieważnej wizie a potem, przy wyjeździe, wykorzystamy niezwykle pożyteczny zwrot polecany gorąco przez asystenta Grzegorza - Dmitriego, a mianowicie - „Dogawarimsia”. O tym fragmencie Rodzice i Dziadkowie naturalnie nie wiedzą :)
Tajga, góry, step i pustynia czyli Mongolia
Znad Bajkału (prawdopodobnie z miasta Ułan Ude, do którego powinniśmy dotrzeć w miarę bezproblemowo, bez względu na to, gdzie zakończymy wędrówkę) jedziemy do Ułan Bator i tam rozpoczyna się wyprawa przez Mongolię. Tutaj być może dołączy do nas Stefan, a zatem koszty podróży powinny od tego momentu drastycznie się obniżyć, albowiem Stefan potrafi podróżować niemalże za darmo targując się do granic nieprzyzwoitości WSZĘDZIE i o WSZYSTKO.
Plan zakłada „zrobienie” Mongolii Zachodniej oraz Południowej. Będzie to najbardziej wymagający etap naszej podróży pod względem klimatycznym, kondycyjnym i żywnościowym. Dobowe amplitudy temperatur mogą wynieść ok. 30 stopni, natomiast jeśli chodzi o żywność, Mongołowie jedzą głównie produkty pochodzenia zwierzęcego, a zatem mięso, mleko, sery przy minimum warzyw i owoców... To ostatnie może być nie lada wyzwaniem dla mojego kochającego owoce organizmu...
Po dotarciu do Ułan Bator, obejrzeniu klasztoru Gandan i być może krótkim wypadzie do Parku Narodowego Gorchi Tereldż, jedziemy do byłej stolicy Mongolii – Karakorum i zwiedzamy klasztor Erdene Dzuu (jeden z najpiękniejszych w kraju). Dostać się tam mamy zamiar autobusem, gdyż w tym rejonie można jeszcze doświadczyć asfaltowych dróg, a w celach oszczędnościowych będziemy się starali wykorzystać maksymalnie transport publiczny. Z Karakorum jedziemy autobusem lub stopem do Cecerleg, tam wynajmujemy uaza i kierujemy się nad Terchijn Cagaan Nuur czyli Wielkie Białe Jezioro. Jest to absolutnie przepiękne miejsce – zielone wzgórza, wulkany i skały, a wśród nich krystalicznie czyste jezioro. Tam spędzamy kilka dni, mój Narzeczony wnosi opłatę za wędkowanie i... do dzieła! Po lekturze książki Bolesława Uryna „Mongolia. Wyprawy przez tajgę i step” skonsumowanie własnoręcznie złowionego lipienia bardzo nas nęci...
Uazem udajemy się nad kolejne jezioro, tym razem o wiele większe, mianowicie Chubsugul. W miarę możliwości naszych i naszego kierowcy, będziemy starali się dotrzeć tam mało uczęszczaną górską trasą prowadzącą przez masyw górski Tarbagataj. Trasa wiedzie kamienistymi dróżkami przez przełęcze i jest niezwykle malownicza. Doprowadza nas do miasteczka Mörön, a stamtąd do Chatgal, które jest bazą wypadową nad jezioro Chubsugul. Rozważamy wynajęcie koni i udanie się na kilkudniową wyprawę wzdłuż jeziora oraz po okolicznych górach. Być może uda nam się dotrzeć do plemienia Cataanów, którego członkowie żyją w tamtym rejonie z dala od cywilizacji, utrzymują się z hodowli rena i wyznają szamanizm. Przebywając w rejonie Chubsugul, musimy uważać na mityczne potwory żyjące w głębinach jeziora, jednakże te gustują podobno w rosyjskich i czeskich geologach, zatem jako polscy analitycy powinniśmy dać radę :)
Z Mörön udajemy się przez Erdenet do Darchan. Jest to droga dosyć uczęszczana, tak więc liczymy na odbycie tej podróży autobusem. Z Darchan wybierzemy się na zwiedzanie jednego z największych obiektów sakralnych w kraju – klasztoru Amarbajasgalant.
Z Darchan powrócimy do Ułan Bator koleją i tam rozpocznie się południowy etap naszej mongolskiej wędrówki, czyli Pustynia Gobi... Punktem wypadowym będzie Dalandzadzgad, w którym – uwaga! warto spróbować lokalnych warzyw,posiadających charakterystyczny słodkawy smak. Sposób dotarcia do tego miasteczka pozostaje nieokreślony – w grę wchodzi samolot, uaz, autobus lub furgon pocztowy. Zależeć on będzie po raz kolejny od zawartości portfela oraz ogólnej kondycji psychofizycznej. Naszym celem jest park Narodowy Gobi Gurwan Sajchan, do którego dostać będzie się można już tylko uazem. Znajdują się tam najpiękniejsze miejsca w całej Mongolii, a krajobraz jest niezwykle urozmaicony – poszarpane granie, piaszczyste wydmy, słone jeziora, oazy, pomarańczowe klify... Tam czeka na nas Dolina Jolym Am, w której najwęższym miejscu lód zalega przez cały rok, „śpiewające” wydmy Chongoryn Els, gdzie piasek zmienia barwę w zależności od pory dnia oraz Bajandzag – dolina wielokształtnych formacji skalnych, gdzie odnaleziono wiele kości i jaj dinozaurów. W tym ostatnim miejscu koniecznie należy spędzić noc, aby poobserować jak o zachodzie słońca piasek zmienia barwę na czerwonawy...
Po Mongolii planujemy się poruszać wielorako – uazem, autobusem, busem, autostopem, furgonem pocztowym, pieszo, może na koniach, spędzając noce w namiocie oraz na jurtowiskach. W Mongolii chcemy poczuć bezkresną przestrzeń, gdzie poszczególne punkty zdają się być niezwykle blisko – ot, 4 godziny marszu, po czym okazuje się, że dociera się do nich następnego dnia... Chcemy doświadczyć błękitnego nieba, słońca, wiatru, deszczu, mrozu, gorąca... Chcemy zobaczyć z bliska jurty, ludzi w tradycyjnych strojach , skosztować kumysu i buudzów – tamtejszych mięsnych pierogów. Chcemy łowić ryby, pić wodę prosto z jeziora, podziwiać rozgwieżdżone niebo, wyciszyć się, odpocząć, spojrzeć z dystansu na różne sprawy, przypomnieć sobie co jest ważne, uciec od zgiełku, tandety, plastikowych butelek coca-coli i przeżyć absolutnie wyjątkową przygodę, a później...
…prosto w zgiełk ogromnego miasta czyli Pekin
Po takim wyciszeniu i kontakcie z naturą nastąpi swoisty szok - z miasta Sajnszand (rejon Gobi) udajemy się koleją do Pekinu. Po mongolskiej mleczno-mięsnej diecie, miasto to będzie dla nas prawdziwym rajem kulinarnym – kaczka po pekińsku, smażone warzywa, pak choi... Mieliśmy już okazję skosztować tradycyjnej kuchni chińskiej w Hong Kongu i z przyjemnością zrobimy to po raz kolejny... Na pewno odwiedzimy wieczorem targ przy Dong’anmen i spróbujemy absolutnie WSZYSTKIEGO – od pierożków po pieczone skorpiony.
Ponieważ Pekin będziemy zwiedzać na samym końcu, plan mamy na razie bardzo pobieżny. Chcemy spędzić tam około tygodnia , podczas którego zobaczymy najważniejsze zabytki czyli Zakazane Miasto, które jest jednym z największych kompleksów pałacowych na świecie, do tego Plac Tiananmen i Świątynię Nieba. Wybierzemy się do obydwu Pałaców Letnich, Świątynii Lamajskiej, Konfucjusza, Wieży Bębnów i Dzwonów. Ciekawie zapowiada się tybetańska Świątynia Pięciu Pagód, głównie dlatego, że jest mniej oblegana przez turystów... Z pewnością zagłębimy się w zanikające już powoli hutongi, czyli wąskie uliczki, gdzie tradycyjnie toczyło się życie miasta, gdzie chodziły kury, suszyło się pranie, a mieszkańcy mogli porozmawiać ze sobą wychylając jedynie głowę za drzwi.
W celu zobaczenia głównej atrakcji czyli Muru Chińskiego udamy się do miejscowości Jinshanling i stamtąd przejdziemy pieszo ok. 10 kilometrów do Simatai. Odcinek ten jest podobno jednym z dzikszych fragmentów muru i… można tam rozbić namiot :)
Odwiedzimy też grobowce w Dolinie Mingów, dokąd dotrzemy Drogą Duchów, strzeżoną przez kamienne posągi zwierząt i wojowników.
To na razie zarys wycieczki po Pekinie. Jako ostatniemu etapowi, poświęcamy mu na razie trochę mniej uwagi niż Syberii i Mongolii, częściowo też dlatego, że owa wycieczka będzie polegała na poruszaniu się po mieście, a nie po stepie, górach i pustyniach, a zatem nie wymaga tylu przygotowań... Z Pekinu wspaniale byłoby wybrać się w inne rejony Chin, ale to już plan wykraczający poza minimum naszej wyprawy. Zdajemy sobie sprawę, że budżet może okazać się niewystarczający (chociaż… ze Stefanem u boku widzimy to kolorowo), albo najzwyczajniej w świecie zapragniemy wrócić do domu. Jednak plan awaryjny powstanie w swoim czasie, zapewne w miesiącach wiosennych...
Cóż, wracam do lektury Przewodnika „Szlak Transsyberyjski” wydawnictwa Bezdroża, który w dużym stopniu pomógł mi zaplanować syberyjsko-mongolski etap wyprawy, zatem polecam go wszystkim...


Przeczytalam projekt, jestem pod dużym wrażeniem. Ciekawość przeplata się z niepokojem!
OdpowiedzUsuńWciągnął mnie na tyle, że poczułam się jakbym sama była uczestnikiem tej niecodziennej podróży = wyprawy.
Gratulujemy !! :) opis wyprawy rodem z national geographic!gdyby urlop moglbyc dluzszy.... pozdrawiamy
OdpowiedzUsuńjak postepy w przygotowaniu wesela??