Poniżej 1/3 naszej zeszłorocznej wyprawy w ogromnym skrócie - absolutnie nie jest to kwintesencja, co najwyżej ekstrakt. Pełna wersja 3/3 pojawi się gdzieś, kiedyś, w formie bliżej nieokreślonej, ale będzie na bank, zwłaszcza, że mam ban na góry i zaczynam od nowa cykl fizjo, który może pomoże, ale w sumie to nie wiadomo... Mniejsza o to. Tak czy inaczej, czas się znajdzie, a chwilowo -
zapraszam nad Bajkał :)
zapraszam nad Bajkał :)
W sierpniu bieżącego roku minął okrągły rok od wyruszenia w naszą podróż życia, w związku z tym odczuwam ogromną tęsknotę za poprzednim latem, kiedy podłoga mojego pokoju zapełniona była najróżniejszymi podróżniczymi artefaktami, takimi jak nakomarniki, mapy, butle z gazem, noże, przynęty na ryby, a wszelkie przygody oraz towarzyszące im zachwyty, niepokoje i wzruszenia znajdowały się jeszcze w sferze marzeń, a nie wspomnień... Z tym większą przyjemnością i nostalgią powrócę do tamtego czasu, kiedy to wraz z mężem Grzegorzem i dwojgiem naszych przyjaciół – Molarem i Joanną pędziliśmy koleją przez kontynent, zdobywaliśmy nadbajkalskie góry, błądziliśmy po bezdrożach tajgi syberyjskiej i chłonęliśmy absurd rosyjskich realiów.
5 tysięcy kilometrów torów
10 sierpnia 2010 roku wyruszyliśmy pociągiem z Krakowa i po dwóch dniach przemieszczania się różnymi środkami lokomocji dotarliśmy do rosyjskiej stolicy. Dworzec Kazański, z którego odjeżdżał nasz pociąg, roił się od ubogich Azerów, Kazachów i innych Azjatów, którzy stawali na głowie, aby wywieźć do swojej ojczyzny zardzewiałą pralkę franię, przedpotopową lodówkę i inne przedmioty w tym rodzaju, a moskiewscy celnicy bezlitośnie ich wyłapywali i zmuszali do płacenia łapówek, grożąc zatrzymaniem owych sprzętów w Moskwie. Było to bardzo smutne widowisko, uświadamiające ogrom biedy w jakiej żyją ci ludzie, którym opłaca się wieźć przez pół kontynentu na wpół zepsutą lodówkę i jeszcze płacić od tego haracz...
Na dworcu tym wsiedliśmy już we właściwą kolej transsyberyjską relacji Moskwa – Tynda. Podróżowaliśmy najtańszą klasą, tzw. płackartą, której zaletą była cena oraz możliwość integracji z innymi pasażerami, wadą – piekielna temperatura wywołana szalejącymi wtedy w Rosji upałami oraz pożarami lasów. Przez pierwszych kilka godzin jechaliśmy przez las trawiony żywym ogniem, w wagonie było mnóstwo dymu, a temperatura dochodziła do +40 stopni Celsjusza. Mieliśmy na sobie tylko tyle ubrań, ile nakazywała elementarna przyzwoitość, a głowy chłodziliśmy mokrymi ręcznikami. Nieznośny upał uniemożliwiał nam wykonywanie najprostszych nawet procesów myślowych, zajmowaliśmy się więc głównie piciem piwa, graniem w karty, spaniem oraz prowadzeniem absurdalnych rozmów. Po ok. 2 dniach tej gehenny temperatura unormowała się, a my wpadliśmy w leniwy tryb życia typowy dla kolei transsyberyjskiej: objadaliśmy się pirożkami zakupionymi od babuszek na stacjach, obserwowaliśmy wyrastające tu i ówdzie biało-niebieskie chatki oraz niekończące się biało-zielone smugi brzóz za oknem i tak wolno upływał nam czas, aż w końcu wysiedliśmy w odległym o ponad 5 tysięcy kilometrów Siewierobajkalsku.
Głód, pot, łzy i komary czyli wędrówki przez tajgę
Po zakupieniu żywności przeprawiliśmy się motorówką na przeciwległy brzeg Bajkału do Zatoki Ajaja z zamiarem realizacji naszego nieco szalonego planu, mianowicie przebicia się na wschód Doliną Tompudy przez tajgę i góry aż do miejscowości Uliunchan. Na temat tej trasy wiedzieliśmy tylko tyle, że:
1. Prowadzi przez tereny dzikie, puste i niezamieszkane (nie licząc niedźwiedzi oraz podobnych nam pomyleńców);
2. Podobno przebiega tamtędy szlak turystyczny;
3. Po drodze trzeba przeprawić się przez dwie rzeki.
W Zatoce Ajaja spotkaliśmy grupę rosyjskich turystów pod wodzą leśnika Andrieja, który na wiadomość o naszych planach postukał się po czole, stwierdzając, że „on by tam nawet za diengi nie poszedł” (ros. diengi – pieniądze) i w kółko powtarzał: „Ekstremalni... ekstremalni!”, a potem spojrzał na mnie i na Asię i skwitował: „Biedne diewczonki”. Przez chwilę zbiło nas to z tropu, więc postanowiliśmy udać się wraz Andriejem i jego świtą nad Jezioro Frojlicha, spędzić tam jedną noc i zastanowić się co dalej. Towarzysze Andrieja okazali się bardzo przyjaźni - zaprosili nas na kolację: zupę rybną – tzw. uchę oraz smażonego z cebulą szczupaka. Mieliśmy tam okazję ujrzeć Andrieja łowiącego ryby nie gdzie indziej, a tuż obok znaku zakazu wędkowania. Widząc nasze pytające spojrzenia, najspokojniej w świecie odrzekł: „Eto Rassija. Zdiest ty możesz dielat wsio szto duszje ugodno.” (ros. Tu jest Rosja. Tu wolno robić, co nam się żywnie podoba.)
Nazajutrz postanowiliśmy powrócić do Zatoki Ajaja i wbrew przestrogom Andrieja zrealizować nasz pierwotny plan. Wędrówka przez tajgę była istnym koszmarem, gdyż szlak istniał co prawda, ale prowadził przez krzaki, strumienie, zwalone pnie i kamieniste plaże, do tego co chwilę znikał w gąszczu zarośli, po to by pojawić się kilka kilometrów dalej w zupełnie innym miejscu. Pierwszego dnia marszu przeprawiliśmy się przez pierwszy z dwóch brodów i dotarliśmy do maleńkiej wioski Chakusy, która miała być naszym ostatnim kontaktem z cywilizacją. Tam też odnowiliśmy zapasy jedzenia i zregenerowaliśmy się kąpielą w gorących źródłach, które były tego dnia istnym błogosławieństwem. Następnego dnia wędrowaliśmy przez tajgę ok. 9 godzin, ze sztućcami i menażkami przywiązanymi luźno do plecaków, tak aby głośno dzwoniąc odstraszały niedźwiedzie, aż w końcu, ledwo żywi ze zmęczenia i głodu, poranieni przez gałęzie oraz pocięci przez komary i osy, dotarliśmy do zimowia (chatki wykorzystywanej w zimie przez myśliwych jako schronienie). Nazajutrz czekała nas przeprawa przez drugą rzekę, tym razem o wiele szerszą i tak lodowatą, że dzień wcześniej zrezygnowałam z umycia w niej rąk, uznając, że nie są jeszcze AŻ TAK brudne... Molar przeszedł pierwszy przeciągając linę, której wystarczyło nam co do centymetra. Gdy lina była rozpięta, chłopcy przenieśli swoje i nasze plecaki, następnie przeszłyśmy my, a na końcu Grzesiek zwinął linę. Rzeka była raczej płytka, jedynie przy przeciwległym brzegu woda sięgała do pasa, ale nurt był tak silny, że ostatnie metry pokonywaliśmy w zasadzie wisząc na linie, gdyż prąd odrywał nam nogi od dna. Plusem całej sytuacji był fakt, że dzięki adrenalinie nie odczuwaliśmy przeszywającego zimna oraz ugryzień komarów (do czasu oczywiście – dzień później nasze ciała wyglądały jak powierzchnia Księżyca poorana kraterami).
Po przeprawie doszliśmy do „wioski” zamieszkanej przez cieślę Wasilija, rodowitego Ewenka, który na skutek odmrożeń stracił wszystkie palce u rąk. Wasilij w najbliższych dniach miał odegrać kluczową rolę w naszej wyprawie. Po krótkiej rozmowie z nim udaliśmy się w dalszą drogę. Kilka godzin później poczułam kłujący ból w prawym kolanie, który początkowo zignorowałam, ale ból ciągle narastał, aż w pewnym momencie stał się nie do wytrzymania. Sytuacja zrobiła się dość nieciekawa: dochodziła godzina 20, znajdowaliśmy się na kamienistej plaży, z jednej strony znajdował się Bajkał, z drugiej gęsta tajga, a zatem możliwości rozbicia namiotu praktycznie nie istniały. Na dodatek zaczął padać deszcz i zleciały się miliony meszek, które właziły nam za ubranie i boleśnie gryzły, a te którym nie udało się wejść w kontakt z naszym ciałem, topiły się masowo w wypełnionych wodą zagłębieniach kurtek. Ponieważ nie byłam w stanie poruszyć prawą nogą bez wywoływania przeszywającego bólu w kolanie, postanowiliśmy jak najszybciej wejść w las, wyrwać trochę krzaków i rozbić namioty na mchu. Moi towarzysze podzielili więc moje 19 kg bagażu między siebie, ja owinęłam kolano bandażem i, krzywiąc się bólu, dokuśtykałam przy pomocy kija kilkadziesiąt metrów w górę urwiska. W błyskawicznym tempie rozbiliśmy namioty, w przedsionku ugotowaliśmy zupki na gazie i zjedliśmy kolację. Ja natomiast przeżyłam załamanie i przez dobrą godzinę płakałam z bezsilności i rozczarowania, przekonana, że dla mnie wyprawa już się skończyła...
Nazajutrz Grzesiek z Molarem postanowili cofnąć się do chatki Wasilija, pożyczyć od niego łódź i odtransportować mnie w pobliże cywilizacji. Po kilku godzinach chłopcy przypłynęli maleńką łupiną, do której załadowaliśmy się razem z naszym dobytkiem. Za radą Wasilija (którego wynagrodziliśmy za pomoc bochenkiem chleba, konserwą i czekoladą) popłynęliśmy do odrobinę dalej na północ położonej wioski zamieszkiwanej przez rybaka Kolę. Zamierzaliśmy poczekać tam na kuter rybacki, wrócić do Siewierobajkalska i pojechać na południe Bajkału, z nadzieją, że przez ten czas moje kolano zregeneruje się i wyruszymy w góry Chamar Daban.
Przez następne dwa dni czekaliśmy na kuter i ładowaliśmy akumulatory – ja oszczędzałam kolano, pisałam dziennik podróżny i oddawałam się prymitywnym zabiegom myjąco-upiększającym (vide: mycie włosów i nacieranie kremem Nivea), a chłopcy zbierali jagody i zapewniali nam drewno na ognisko. Warunki do rekonwalescencji miałam wymarzone: z jednej strony gęsta tajga, z drugiej strony góry, a po środku krystalicznie czysty Bajkał, tak spokojny i błękitny, że na linii horyzontu nie sposób było odróżnić tafli jeziora od nieba. Za wyjątkiem chatek Koli i Wasilija oraz wioski Chakusy, w promieniu ok. 100 km nie istniała żadna cywilizacja. Mankamentem sytuacji był mój brak mobilności oraz dieta składająca się z tak wymyślnych dań jak makaron z konserwą, leśne jagody z ryżem w proporcji 2:1 wymieszane z połową łyżki cukru czy gorące kubki z kaszą.
Po kilku dniach przypłynął kuter rybacki z grupą rosyjskich policjantów, którym powróciliśmy do Siewierobajkalska i jeszcze tego samego dnia udaliśmy się koleją do Irkucka. W pociągu miał miejsce dość interesujący incydent: tradycyjnie popijaliśmy sobie piwo, aż tu nagle wyskoczyło dwóch ni to konduktorów, ni to prowadników, ni to policjantów, pokazali palcem na nasze puszki i krzyknęli: „No drink, no drink!” Cóż było robić – przelaliśmy piwo do kubków na herbatę i kontynuowaliśmy nasze rozmowy, zastanawiając się, jak to jest możliwie, że zakaz spożywania alkoholu obowiązuje w pociągu, w którym ów alkohol można zakupić:
1) u prowadnika (czyli osoby odpowiedzialnej za pasażerów w danym wagonie);
2) w wagonie restauracyjnym;
3) przez okno u babuszek na stacjach.
No jak?
W Irkucku spędziliśmy kilka godzin, ja zakupiłam kijki trekkingowe, aby odciążyć kolano, po czym udaliśmy się do bazy wypadowej w góry Chamar Daban - górniczej miejscowości Sljudjanka.
Reaktywacja w Chamar Daban
Ponieważ stan mojego kolana znacznie się polepszył, w góry Chamar Daban wyruszyliśmy następnego dnia po południu. Ja, przerażona wizją powrotu kontuzji, niosłam tylko moją lustrzankę, natomiast mój małżonek dźwigał wszystkie rzeczy niezbędne na czas 6-dniowego pobytu w górach, łącznie o wadze ok. 30 kg. Pierwsza noc przywitała nas ulewą, zatem spędziliśmy ją na brudnej, ale suchej podłodze w bazie turystycznej z kominkiem i barem, którym zarządzał jednooki barman ziejący pustym oczodołem. Trzeciego dnia wędrówki rozpoczęliśmy zdobywanie Piku Czerskiego (2090 m n.p.m.). Góra była łatwa, jednak ostatnia godzina podejścia dała nam się mocno we znaki - szlak prowadził poszarpaną granią tuż nad przepaścią i przypominał trochę rodzimą Orlą Perć, tyle że bez łańcuchów. Ja szłam bez obciążenia, więc radziłam sobie nieźle, natomiast drżałam ze strachu o Grześka, który niósł prawie 30 kg i zdarzyło mu się kilka razy stracić równowagę, którą odzyskał w ostatniej chwili...
Z Piku zeszliśmy nad Jezioro Serce, gdzie spędziliśmy dwa dni. Nocami dochodziło tam do przymrozków, tak więc marzliśmy okrutnie w naszych letnich śpiworach, tym bardziej, że na nadmiar i różnorodność jedzenia tradycyjnie nie mogliśmy narzekać. Po dwóch dniach udaliśmy się w dość smutną drogę powrotną, smutną, gdyż podczas ostatniej doby zjedliśmy nasze ostatnie zapasy: po jednej chińskiej zupce z resztką konserwy, oraz po pół gorącego kubka i pół serka topionego na osobę. Natomiast po powrocie do bazy turystycznej urządziliśmy sobie prawdziwą ucztę składającą się z sałatki warzywnej, arbuza, jajek gotowanych na twardo oraz... wódki zaręczynowej, gdyż wysoko w górach, na Piku Czekanowskiego, nasi przyjaciele podjęli pewną ważną decyzję co do wspólnej przyszłości, a my jako pierwsi otrzymaliśmy zaproszenie na ich ślub.
Ostatki na Świętym Nosie
Naszym ostatnim przystankiem na Syberii były okolice półwyspu Święty Nos, gdzie dotarliśmy busem ze stolicy Buriacji – Ułan Ude. Udało się to osiągnąć po wielkich bojach stoczonych z miejscowymi kierowcami busów, autobusów i taksówek, którzy odsyłali nas z jednego dworca na drugi, usiłując ze wszelką cenę skłonić nas do skorzystania z taksówki za – bagatela! – 4 000 rubli. Powoli popadaliśmy w tak zwaną beznadzieję i już zasiadaliśmy pod słupem z zamiarem zjedzenia kilku kanapek dla podniesienia morale, gdy Grisza przez przypadek wypatrzył bus jadący do Ust Barguzin, do którego wręcz wbiegliśmy z radości. Po czterech godzinach jazdy i odsłuchaniu chyba wszystkich rosyjskich przeróbek zachodnich hitów z lat 80, wysiedliśmy w sennej miejscowości rodem z dzikiego zachodu: z nieba sączył się żar, w powietrzu unosił się kurz, a po ulicach spacerowały krowy. Na tym końcu świata spotkaliśmy nie kogo innego, a... Polaków, którzy udzielili nam kilku cennych informacji, między innymi takiej, że aby szybko dotrzeć na Święty Nos, trzeba mieć niebywałe szczęście do łapania stopa. Ze względu na kończącą się nam wizę porzuciliśmy ten zamiar i zamiast tego postanowiliśmy wykorzystać ostatnie dni na odpoczynek. Przeprawiliśmy się więc promem przez rzekę i po kilku godzinach marszu doszliśmy nad Bajkał, gdzie przez trzy dni biwakowaliśmy, oddając się pasji grzybobrania. Grzyby nie rzadko osiągały rozmiary patelni, a było ich tyle, że każde wyjście do toalety (czytaj: w krzaki) kończyło się przyniesieniem kilku borowików koźlarzy lub maślaków. Na obiady jadaliśmy zatem codziennie sos grzybowy z dodatkiem makaronu oraz zupę grzybową (a właściwie to grzyby z niewielkim dodatkiem wody). Obfitość grzybów była jasną stroną pobytu w tej części Syberii, ciemną stroną były miliony meszek, które pojawiały się wcześnie rano, znikały w południe, po to by pojawić się znowu wieczorem, tak więc śniadania i kolacje musieliśmy przygotowywać w rękawiczkach, nakomarnikach oraz skarpetkach nałożonych na nogawki spodni. Mimo to, te małe bestie i tak znajdowały drogę do naszego ciała, a nasze dłonie i twarze puchły w oczach. Na szczęście okolica była przepiękna – złote trawy, las, piaszczysta plaża, w oddali granatowe góry i codziennie inny Bajkał, jednego dnia szary i wzburzony, innego - spokojny i różowy od zachodzącego słońca.
Po trzech dniach powróciliśmy do Ust Barguzin, zadzwoniliśmy do kierowcy busa, aby umówić się na transport do Ułan Ude, zrobiliśmy zakupy, po czym przez przypadek zawarliśmy znajomość z panem Nikolajem. Pan Nikolaj urodził się w Jakucji przy -70 stopniach mrozu i bardzo pragnął pokazać nam okolicę, niestety przyszła jego żona i dość brutalnie zagoniła go do domu. Chwilę później zaczepił nas ten sam kierowca busa, do którego jeszcze godzinę wcześniej dzwoniliśmy (!) i zaproponował, że zawiezie nas na piękną plażę, gdzie będziemy mogli rozbić namioty, a nazajutrz o godzinie 13 zabierze nas stamtąd do Ułan Ude. Ochoczo przystaliśmy na taki układ i chwilę później rozbijaliśmy namioty w sosnowym zagajniku, po raz ostatni podziwiając zachód słońca nad Bajkałem.
Buriackie absurdalia
Kolejny dzień można śmiało zakwalifikować jako najbardziej zwariowany z całej naszej wyprawy. Lekką nutę absurdu poczuliśmy jeszcze przed opuszczeniem Ust Barguzin, bowiem nasz kierowca pojawił się na plaży już o godzinie 12, wraz z busem pełnym niemieckich i rosyjskich turystów. Na nasze pytanie, dlaczego pojawił się o godzinę wcześniej, odparł ze zdziwieniem w głosie: „No jak to? Im wcześniej wyjedziemy, tym wcześniej będziemy.” Ponieważ trudno się było nie zgodzić z tak logicznym argumentem, zaczęliśmy naprędce zwijać namioty i pakować graty, a turyści w tym czasie rozsiedli się na plaży, zaczęli pić piwo, śpiewać piosenki i wydawali się być zachwyceni całą tą sytuacją. Wkrótce wyruszyliśmy w drogę, a Grisza szybko zaznajomił się ze współpasażerami, którzy z zawodu okazali się być - nigdy nie zgadniecie - wulkanologami. Podróż minęła nam dość szybko, przerywana jedynie drobnymi incydentami, takimi jak przegrzanie się chłodnicy czy oderwanie się tablicy rejestracyjnej. Po drodze zatrzymaliśmy się na postój przy barze, gdzie zakupiliśmy kilka pierożków i dopiero po wyjściu z niego zauważyliśmy wiszącą na drzwiach tabliczkę, która głosiła co następuje: „Czynne 24 godziny na dobę”, a pod spodem małymi literami: „Przerwa od 22 do 7”.
Wyjątkowych emocji dostarczył nam wjazd do Ułan Ude. Ruch drogowy odbywał w myśl zasady kto większy ten lepszy, nie obowiązywały żadne prawa, auta wyprzedzały się na trzeciego, trąbiły na siebie bez ustanku, a kulminacją tego szaleństwa był spychacz, który pojawił się znienacka na rondzie i... pojechał pod prąd. Zafascynowani obserwowaliśmy przez okno cały ten spektakl, zastanawiając się JAK TO WSZYSTKO FUNKCJONUJE.
Ostatnią noc w Rosji zamierzaliśmy spędzić w tzw. Domu Polskim, prowadzonym przez polsko–buriackie małżeństwo. Instytucja ta stawia sobie za cel propagowanie polskiej literatury wśród tamtejszej mniejszości, organizując spotkania i nauczając języka polskiego. Za 200 rubli od osoby dostaliśmy dla siebie podłogę w jednym z pokoi oraz dostęp do kuchni i łazienki, po czym zostaliśmy poinformowani, że mamy wielkie szczęście przyjeżdżając właśnie tego dnia, gdyż aż do dnia poprzedniego przebywał tam z wizytą Marszałek Senatu Polski (!), w związku z czym nie byłoby dla nas miejsca. Pani prowadząca ten przybytek poleciła nam niedrogą restaurację, zostawiła klucze i poszła do domu, a my udaliśmy się na pierwszy od dwóch tygodni posiłek w lokalu. W jadłodajni zamówiliśmy kilka potraw, uderzyło nas jednak to, że jedzenie było... zimne. Uznaliśmy jednak, iż cena jest na tyle niska, że nie można zbyt wiele wymagać i najwidoczniej tak ma być. Cóż za durnie z nas! Dopiero po posiłku zauważyliśmy, że obok kasy stoi oddana do dyspozycji klientów mikrofalówka, w której jedzenie należy sobie... podgrzać.
Po powrocie z kolacji o niczym nie marzyliśmy tak bardzo, jak o prysznicu, gdyż ostatniej kąpieli w ciepłej wodzie doświadczyliśmy w bazie turystycznej w Sljudjance, czyli jakieś 6 dni wcześniej. Z dobrodziejstw prysznica najpierw skorzystałam ja, potem Grisza, po czym nastąpiła przymusowa przerwa, gdyż podczas kąpieli Grześka z otworu kanalizacyjnego zaczęła wylewać się woda. Po kilkunastu minutach cała łazienka była zalana, a dalsza kąpiel stanęła pod znakiem zapytania, ku wielkiej rozpaczy Molara i Aśki. Na szczęście chwilę później w szybę zapukali hydraulicy (którzy nie wiadomo skąd tam się nagle wzięli) z prośbą o wpuszczenie ich do środka. Panowie weszli ze żmijką, wypompowali wodę, przetkali rury i poszli sobie, a nam zostało posprzątanie całego bałaganu.
Gdy już się uporaliśmy ze sprzątaniem i kąpielą, usiedliśmy sobie wygodnie z zamiarem wypicia piwa i zrelaksowania się po całym dniu. Niestety nie było nam dane zaznać spokoju, gdyż nagle włączył się przeraźliwy alarm, od którego bolały uszy i którego za nic nie dało się wyłączyć. Grzesiek, odrywając z wielkim trudem dłonie od uszu, zadzwonił do naszej pani, która kazała nam poczekać, po czym... wyłączyła się. Po 10 minutach alarm sam ucichł, a my wreszcie mieliśmy czas na przeżycie jeszcze raz tego pełnego wrażeń dnia oraz wypicie kolejnego piwa, gdyż zgodnie uznaliśmy, że tego kraju nie sposób zrozumieć na trzeźwo.
Następnego dnia udaliśmy się pociągiem do granicznej miejscowości Nauszki i dalej do Mongolii, ale to już zupełnie inna historia... I pomimo iż nie zrealizowaliśmy naszego pierwotnego planu, dzikiego piękna Syberii i gościnności jej mieszkańców doświadczyliśmy niezwykle intensywnie i przesiąknęliśmy tym rosyjski klimatem, w którym dziwne, czasem nawet absurdalne ludzkie zachowania przeplatają się ze szczerą i bezinteresowną chęcią niesienia pomocy. Wszyscy, których na swej drodze napotkaliśmy: leśnik Andriej, cieśla Wasilij, rybak Kola, wędkujący policjanci i wielu innych, których nie wymieniłam w tej relacji, udzielili nam w pewnym momencie wsparcia nie oczekując nic w zamian. Syberię zapamiętamy jako piękną, dziką krainę zamieszkaną przez uczciwych ludzi, nie zepsutych wszechobecnym w Europie konsumpcjonizmem. Oby zawsze taka pozostała.












